Gwiżdżę na palcach

 Z aktorką AGNIESZKĄ GROCHOWSKĄ rozmawiał Łukasz Maciejewski

 

„Bez wstydu” czy „W ciemności” są filmami, w których w końcu dostałaś materiał do zagrania. Dotychczas bowiem w polskim kinie najczęściej wypełniałaś odgórne zamówienie na szlachetne dziewczęta o wrażliwym serduszku. Sarenki z dużymi oczami.

Chyba jest w tym dużo prawdy. Szczególnie, że ciekawsze role zaczęłam dostawać w Norwegii, Kazachstanie. W pewnym momencie miałam poczucie absurdu. Za granicą grałam ciężkie, skomplikowane charaktery, u nas zostałam zaszufladkowana jako „miła dziewczyna”. Mnie to nudziło, nie rozwijało, chciałam robić nowe rzeczy. Dlatego tak bardzo się cieszę z nowych filmów, właśnie o takie urozmaicenie mi chodziło.

Właśnie otrzymałaś Orła za kreację Anki w „Bez wstydu” Filipa Marczewskiego. W najważniejszym wątku film mówi o kazirodczej fascynacji rodzeństwa, brata i siostry. Temat tabu.

Z zawodowego punktu widzenia bardzo cenne doświadczenie. Niewiele mam wspólnego z bohaterką, w pracy nad rolą musiałam sięgnąć po inny, ostry kolor. Mieliśmy dużo czasu na dopracowanie szczegółów. Prawie dwa lata oswajałam się z tematem. Starałam się zrozumieć tę relację, która dla mnie jest jednak kompletną abstrakcją, nie mam do czego jej odnieść w moim życiu. Filmowa Anka jest od początku do końca kreacją. Zmagając się z rolą, w pewnym momencie nasunął się najprostszy i jednocześnie najtrudniejszy pomocnik: wyobraźnia.

Grając Ankę, zmieniłaś się także fizycznie. Trochę inna dziewczyna. Myślę, że dla roli ta przemiana miała fundamentalne znaczenie.

Wystarczyło przefarbować włosy, inaczej się ubrać, żeby – na czas zdjęć – stać się kimś innym albo odkryć tę inność w sobie. Taki był nasz cel. Nie chciałam, żeby Anka była głupia ani śmieszna, zależało mi na pokazaniu postaci bez fałszywych tonów. Oto ktoś z nas, przez chwilę wstrzymajmy się z oceną. Filip Marczewski bardzo mi pomagał w zdefiniowaniu postaci, przepisaniu jej na siebie. Na planie czułam się bezpieczna. Nawet przez moment nie miałam wrażenia, że pracuję z debiutantem. Każde ujęcie było przemyślane i przygotowane, żadnego chaosu. Marczewski ma również rzadką cechę, która dobrze wróży na przyszłość – bez kłopotu potrafi podporządkować sobie ekipę, ma własne zdanie…Jeśli dodamy do tego oczywisty talent, można być niemal pewnym, że jeszcze nie raz o Filipie usłyszymy.

Nie wiem czy słusznie, ale rola Anki w „Bez wstydu” skojarzyła mi się z zagraną przez ciebie dwa lata temu Joanną Rolską w „Nie opuszczaj mnie” Ewy Stankiewicz. To dwie różne postaci, które łączy jednak podobna desperacja w poszukiwaniach, nazwijmy to, erotycznych.

Do pewnego stopnia się zgadzam, jednak w przypadku Joanny chodziło chyba o coś innego. Ona walczyła o życie najbliższej osoby, matki. Inny poziom desperacji. Bohaterka „Nie opuszczaj mnie” przekraczała granice, poddawała się wykańczającym ją, perwersyjnym doświadczeniom, ponieważ nie potrafiła poradzić sobie z bólem. Nie wiem, czy nie poszła w tej ofierze zbyt daleko, czy w ogóle ma szansę, żeby wyjść z wewnętrznego zapętlenia. Natomiast w „Bez wstydu” ostateczna granica nie została przekroczona. Mam wrażenie, że zakończenie filmu jest otwarte.

Wiele może się zdarzyć. Ewa Stankiewicz ma dzisiaj czarny PR, kojarzy się z prawicową polityką, z filmem „Solidarni 2010”, „Krzyż” albo z poszturchiwaniami z posłem Niesiołowskim. Jak wspominasz pracę nad „Nie opuszczaj mnie”?

Mam sentyment do tego odrzuconego niemal przez wszystkich filmu. Na początku naszej rozmowy mówiłam o realizacyjnych trudnościach związanych z „W ciemności”, a przecież debiut Ewy Stankiewicz był dla mnie jeszcze cięższy. Dziewięćdziesiąt procent zdjęć kręciliśmy w naturalnych wnętrzach, głównie w szpitalu nocami. Plan zaczynał się o siedemnastej, kończył o szóstej-siódmej rano. Zarówno przestrzeń szpitala, jak i nietypowe godziny realizacji sprawiały, że byłam jakby przygłuszona, działałam jakby w półśnie. To był gigantyczny wysiłek całej ekipy, pasja, a potem okazało się, że zostaliśmy skreśleni, film nie bardzo ujrzał światło dzienne.

No właśnie, niby miał premierę, ale kto to w ogóle widział? Prawie nikt. Oficjalnie dokument Ewy „Solidarni 2010” nie miał nic wspólnego z odrzuceniem „Nie opuszczaj mnie” przez krytykę i festiwale, ale moim zdaniem odegrał pierwszoplanową rolę.

Żałuję, ponieważ te dwie rzeczy powinno się traktować odrębnie. Nasz film był kręcony dwa lata wcześniej, a scenariusz powstał z prywatnych, intymnych pobudek i kompletnie nie odnosił się do polityki.

Spotykasz się z Ewą Stankiewicz, rozmawiacie ze sobą?

Nie, nie mamy kontaktu, ale to nie ma nic do rzeczy. Niestety, nie mogłam przyjechać nawet na premierę filmu do Wrocławia, ponieważ miałam w tym dniu próbę generalną w teatrze. Ale gdybym spotkała Ewę na ulicy, na pewno normalnie porozmawiamy, przywitamy się itd. Każdy ma prawo do własnych poglądów, nawet jeśli sama myślę inaczej.

A w gronie aktorów, na przykład kolegów z teatru, rozmawiacie często o polityce?

Rzadko, nie sądzę, żeby teatralna garderoba była najwłaściwszym miejscem do politycznych debat. Są ciekawsze tematy.

Ale od polityki i tak nie uciekniemy. Przed nami „Wałęsa” Wajdy. Zagrałaś Danutę Wałęsową.

Kiedy patrzę na Roberta Więckiewicza, nie mogę dojść do siebie. Jest fenomenalny. Nie zapominajmy, że to film o Lechu Wałęsie, Danuta stanowi drugi plan. Bardzo ważny, ale jednak drugi. Scenariusz Janusza Głowackiego powstał jeszcze przed wydaniem autobiografii Danuty Wałęsy „Marzenia i tajemnice”. Książka okazała się wydawniczym fenomenem, w biograficznym filmie o Lechu Wałęsie na pewno trudno od niej abstrahować. Bez wątpienia książka była dla nas ważną inspiracją. Pojawiła się w idealnym momencie, jest dokumentem nie do przecenienia. Trzeba jednak pamiętać, że film pokazuje sytuacje na gorąco, natomiast pani Wałęsa pisała autobiografię z perspektywy ponad trzydziestu lat, które minęły od przywoływanych przez nią wydarzeń. Sama podkreśla, że dystans wiele rzeczy zmienia, pozwala na zdroworozsądkową analizę, która przychodzi dopiero po wielomiesięcznej refleksji.

W filmie taki dystans nie jest możliwy. Spotykałaś się z Danutą Wałęsą, rozmawiałyście o roli?

Miałyśmy jedno spotkanie. Myślę, że to wystarczy. Nie śmiałabym pytać pani Wałęsy o rady. Myślę, że ona podziela tę opinię. To jest film Andrzeja Wajdy i jego wizja tej postaci. Moja bohaterka jest artystyczną kreacją, nie fotograficznym odwzorowaniem rzeczywistej osoby.

Twoja biografia jest symptomatyczna. Nie ma mowy o żadnym przypadkowym zrządzeniu losu. Już jako dziewczynka trafiłaś do legendarnego ogniska teatralnego Haliny i Jana Machulskich.

Miałam trzynaście lat, bardzo miło wspominam tamten czas. Państwo Machulscy dawali nam poczucie bezpieczeństwa, autentycznie wierzyli w nieograniczone możliwości podopiecznych. Pamiętam próby, rozmowy o teatrze albo godziny spędzone w „Azalii”, kawiarence niedaleko ogniska „Ochota”. Pan Jan był czarujący, kochał młodzież, a kiedy udawałam przed nim, że nie nadaję się na aktorkę, kiwał głową i mruczał pod nosem: „gotująca się szklanka wody” (śmiech).

A rodzice?

Co rodzice?

Nie mieli nic przeciwko tym pomysłom? A może są artystami?

O artystycznych genach zapewniał mnie głównie dziadek Henryk. W sumie miał rację. Zwłaszcza w towarzyskich okolicznościach śpiewał najpiękniej i najgłośniej, potrafił także znakomicie recytować z pamięci „Pana Tadeusza”. „Koncert Jankiela” w jego wykonaniu do dzisiaj pozostaje dla mnie najbardziej mistrzowską interpretacją tekstu. Natomiast rodzice nie byli artystami – tata jest dziennikarzem, mama nauczyła mnie natomiast, wśród wielu innych, również jednej bardzo przydatnej czynności „artystycznej”. Otóż potrafię gwizdać na palcach. (śmiech).

Co to znaczy?

To, co słyszysz. Gwiżdżę na palcach.

To chyba bardzo trudne.

 Zaraz ci zaprezentuję.

Ale głośno!

Bardzo przydatna umiejętność. Kiedy chodzę z naszym psem Dyziem na spacery, bez problemu mogę go przywołać. Ludzie myślą, że noszę piszczałkę. A ja tylko gwiżdżę sobie na palcach.

Łukasz Maciejewski

 

 tarnowski kurier kulturalny   tarnowski kurier kulturalny    tarnowski kurier kulturalny    tarnowski kurier kulturalny    tarnowski kurier kulturalny     tarnowski kurier kulturalny    tarnowski kurier kulturalny