felieton nr 103

 
 

 

 
 
 
 

JOE PERRY I AEROSMITH

10 września Anthony Joseph Pereira - założyciel i gitarzysta zespołu Aerosmith, znany w rockowym świecie jako Joe Perry - skończył 62 lata. Dziś słów kilka o jubilacie i jego kapeli.

 

Perry w swojej flocie posiada przede wszystkim różne modele gitar marki Gibson (Les Paul, Firebird), kilka fenderów (Stratocastery i Telecastery), ale także wiosła marki Gretsch (Black Falcon). Czy jest dobrym wioślarzem? Wszelkie rankingi wskazują, że tak. Przyznam, że w jego przypadku nie spieram się z układającymi te zestawienia. W 2003 muzyk został sklasyfikowany na 48. miejscu listy „100 najlepszych gitarzystów wszech czasów” wg magazynu Rolling Stone. Z kolei w 2004 roku znalazł się na 18. miejscu listy „100 najlepszych gitarzystów heavymetalowych wszech czasów” wg magazynu Guitar World.

            Wielkim fanem gitarowych umiejętności Perry’ego jest Slash. Tu muszę przyznać, że młodzieńcze fascynacje Slasha Aerosmithem były (o co zresztą nie tak trudno) zbieżne z moimi. Ja z muzyką bandu zetknąłem się przy okazji czwartej płyty – Rocks. Krążek ten (wydany w 1976 roku) radował nastoletnie uszy prostą, ale zarazem mocną i dość bezkompromisową - jak na tamten czas - muzyką. Otwierający płytę kawałek Back In The Saddle do dzisiaj pozostaje jednym z moich ulubionych w dorobku grupy. Slash, o czym przeczytałem zupełnie niedawno, wypowiedział się tak: Gdy masz około 14 lat, zaczynasz odkrywać własną muzykę. Tak było z Back in the Saddle" Aerosmith z albumu „Rocks”. Ten album wytyczył mi drogę, którą podążam. Pierwszy raz usłyszałem go w 1978 i to zmieniło moje życie.

            Gdyby duet Joe Perry i Steven Tyler (wokalista Aerosmith) porównać do kogokolwiek na świecie, to tylko do nieco starszych - Micka Jaggera i Keitha Richardsa z The Rolling Stones. Tyler do złudzenia przypomina Jaggera, a oba duety mają na swoim koncie długi, mocno eksploatujący organizmy żywot rockandrollowców.

A propos Stonesów, historia Aerosmith zaczęła się właśnie wtedy, gdy dwaj młodzi mieszkańcy Sunapee (New Hampshire) - Steven i Joe spotkali się na ich koncercie. Tak bardzo zafascynowała ich muzyka Anglików, że postanowili założyć zespół. Kapela przybrała nazwę Jam Band, a w roku 1969, przeniósłszy się do Bostonu, grała już jako Aerosmith. Od początku grupa starała się wykorzystywać uderzające podobieństwo Tylera do frontmena Stonesów, a on sam bardzo udanie Jaggera naśladował.

Początki nie były jednak łatwe. Kwintetowi udało się podpisać kontrakt płytowy w 1973 roku i dopiero trzecia płyta – Toys In The Attic - ulokowała go na szczytach list bestsellerów. Kolejny, wspomniany już album Rocks przyjęty został wręcz owacyjnie i uczynił z Aerosmith megakapelę. Jak to jednak w rocku bywa, kiedy grupa stoi u szczytu kariery, to właśnie zaczyna się z niego staczać. Tom Hamilton, basista, tak niegdyś to ujął: John McLaughlin i jego grupa medytowali przed każdym występem. My mieliśmy swoją własną medytację – chemiczną. Muzycy zaczęli tracić kontakt z rzeczywistością. Połowa lat osiemdziesiątych zastała ich w klinikach odwykowych i – jakimś cudem - podnieśli się. Tyler tak to kiedyś ujął: To kwachy wszystko rozwaliły... Teraz, gdy się o nich uwolniliśmy, możemy zaczynać na nowo...

Zaczęli. Pierwszy, wydany po przerwie album Done With Mirrors zawiódł nieco oczekiwania, ale w tym samym czasie rapowa grupa Run DMC postanowiła przypomnieć stary numer Aerosmith Walk This Way i zaprosiła Tylera i Perry’ego do studia. Nagranie okazało się początkiem fuzji metalu z rapem i sprawiło, że muzycy Aerosmith zabrali się za nagranie kolejnej płyty.

Wydany w 1987 roku album Permanent Vacation stał się największym bestsellerem zespołu. Chociaż najbardziej z tego krążka lubię tryskające wulkaniczną energią numery, takie jak choćby Dude Looks Like A Lady, to jednak, mimo pewnych „muzycznych słodkości” (jakby spod znaku Bon Jovi), całość została zrobiona bardzo solidnie. Dzięki płycie Permanent Vacation Aerosmith po raz kolejny znalazł się u szczytu popularności.

Następny krążek Pump pokazał zespół grający w swoim starym, sprawdzonym stylu, a  Love In An Elevator  stało się tego stosownym przykładem. Płyta Get A Grip przyniosła kolejne światowe hity, które ugruntowały pozycję zespołu wśród największych rockowych kapel świata, Living On The Edge, Cryin’ czy Crazy stały się megahitami.

Za dwa miesiące ma się ukazać pierwszy od Honkin’ On Bobo z 2004 roku album Music From Another Dimension! Ma nadzieję, że jubilat i jego kumple również i tym razem dadzą solidnego czadu.

W najbliższym wydaniu programu FONOGRAF (RDN Małopolska, sobota godz.10.05) przypomnę utwory Perry’ego i Aerosmith.

Krzysztof Borowiec

 

 

 

 tarnowski kurier kulturalny   tarnowski kurier kulturalny    tarnowski kurier kulturalny    tarnowski kurier kulturalny    tarnowski kurier kulturalny     tarnowski kurier kulturalny    tarnowski kurier kulturalny