felieton nr 104

 
 

 

 
 
 
 

KRÓLOWA BIG-BEATU

Miała rockandrollowy feeling, znakomitą aparycję, wdzięk, talent i energię - słowem wszystko, co potrzebne jest gwieździe estrady. Była jedną z najważniejszych wokalistek w dziejach polskiego big beatu. Gdyby nie tragiczna śmierć, 8 września Ada Rusowicz obchodziłaby sześćdziesiąte ósme urodziny.

 

Dobrze, że córka Ady – Ania potrafi dziś i to z sukcesem przywołać muzyczny klimat czasów, w których jej słynna mama święciła triumfy. Choć wszystko już było, zgrabna i powabna Ania Rusowicz robi to bardzo dobrze, a w dodatku dysponuje głosem nie gorszym niż śp. Adriana. To jednak jest inna, całkiem współczesna historia.

            Franciszek Walicki - założyciel Niebiesko-Czarnych, zespołu, z którym Ada Rusowicz przez lata była związana – pisał: Z zakamarków wspomnień wydobywam obraz młodej przystojnej dziewczyny o wyrazistych oczach, pogodnym usposobieniu i ciekawym głosie. Była obdarzona wyjątkowym talentem. Nigdy jednak nie zabiegała o popularność, nie pozowała na gwiazdę i nie rozpychała się łokciami w drodze do sławy.

            Urodzona w Wilnie w 1944 roku artystka miała dziewiętnaście lat, gdy  została odkryta przez Niemena. Niemen napisał dla niej kilka wczesnych przebojów, takich jak Duży błąd i Hej, dziewczyno, hej. Skomponował także i te późniejsze, jak choćby najbardziej znany Za daleko mieszkasz miły oraz Nie pukaj do moich drzwi.

            Jako wokalistka Adriana Rusowicz zadebiutowała jesienią 1963 roku w trio Niebieskie Pończochy, które zostało utworzone na wzór amerykańskich żeńskich grup wokalnych. Właśnie w Niebieskich Pończochach towarzyszyła Niemenowi w jego pierwszych nagraniach. Wkrótce jednak została solistką Niebiesko-Czarnych. Współpraca z tą słynną formacją trwała aż do jej rozwiązania w 1976 roku i zaowocowała wieloma przebojami. Z grupą artystka wystąpiła w programach telewizyjnych, w filmie fabularnym Jerzego Passendorfera Mocne uderzenie, w filmie muzycznym Kulig oraz w filmach krótkometrażowych Przekładaniec i Mogło być inaczej. Koncertowała w wielu krajach zachodniej Europy, a także w USA i Kanadzie.

            Adriana Rusowicz z powodzeniem śpiewała zarówno nieskomplikowane, łatwo wpadające w ucho piosenki, jak też „poważne kawałki” z repertuaru Arethy Franklin i Janis Joplin (Respect, Me And Bobby McGee) oraz – jak to się wtedy określało - ambitne songi. To ostanie zostało przez nią udowodnione podczas występów w gdyńskim Teatrze Muzycznym w legendarnej polskiej rock-operze Naga, utrwalonej w nagraniach Niebiesko-Czarnych w roku 1972. Z dwudziestu dwóch utworów, wydanych na dwóch winylowych krążkach, Ada zaśpiewała trzynaście.

            Witold Filler, wytrawny znawca polskiej estrady, w końcu lat 90. tak m.in. opisywał artystkę: swoją młodzieżową urodą zdobiła estradowe popisy Niebiesko-Czarnych. A przypomnieć by należało, że scenariusz koncertu big-beatowego wyznaczał soliście o wiele bardziej odpowiedzialną funkcję, niż dzieje się to dziś. Koncert był w gruncie rzeczy rewią numerów solowych, grupa zabezpieczała głównie akompaniament.

            Filler - odnosząc się do rywalizacji w latach 60. Niebiesko-Czarnych z Czerwono-Czarnymi - pisał, że ci drudzy postawili na powaby swoich solistek w osobach Kasi Sobczyk i Karin Stanek – obie utalentowane, ale obie, choć w różny sposób dziewczyńskie. Niebiescy nastawili się, dla kontrastu, na solistki sexy. I takimi były Helena Majdaniec oraz Ada Rusowicz - jasna, wysoka, roztańczona, o silnym głosie. Jej piosenki odwoływały się do radości życia, kokietowały publiczność swym – niezbyt zresztą perwersyjnym – erotyzmem.

            Po rozpadzie Niebiesko-Czarnych Rusowicz występowała z mężem, wcześniejszym solistą i kompozytorem tej formacji – Wojciechem Kordą, tworząc duet Ada i Korda. W roku 1977 wylansowała z nim przebój Masz u mnie plus. W duecie śpiewała do roku 1980. Potem wycofała się z estrady.
Niewątpliwym sukcesem okazały się jej występy w sopockiej Operze Leśnej (w latach 1986 i1987) podczas koncertów dinozaurów Old Rock Meeting. Rusowicz udowodniła, że jeśli artysta ma prawdziwy talent to estradowe powroty są możliwe. Niestety, późnym wieczorem 1 stycznia 1991 roku rozpędzony fiat uno turbo gti najpierw ściął trzy stalowe słupki, dzielące ulicę Dąbrowskiego w Poznaniu na dwa pasma, potem uderzył w betonową podstawę latarni i ostatecznie roztrzaskał się na drzewie. Spośród czterech osób jadących samochodem jedna zginęła na miejscu, dwie zmarły w szpitalu, jedynie Wojciech Korda, siedzący obok kierowcy, cudem uniknął śmierci. Kierowca fiata i Adriana Rusowicz zmarli nie odzyskując przytomności. W tydzień później na poznańskim cmentarzu tysiące oddanych sympatyków pożegnały Adę.

Krzysztof Borowiec

 

 

 tarnowski kurier kulturalny   tarnowski kurier kulturalny    tarnowski kurier kulturalny    tarnowski kurier kulturalny    tarnowski kurier kulturalny     tarnowski kurier kulturalny    tarnowski kurier kulturalny