felieton nr 108

 
 

 

 
 
 
 

SIERPIEŃ W DOLINIE CHARLOTTY CZ. 1

VI Festiwal Legend Rocka wypełnił w Dolinie Charlotty trzy sierpniowe wieczory. Podobnie jak we wcześniejszych edycjach, także i tym razem impreza składała się z dwóch odsłon w wakacyjnych miesiącach. O lipcowych koncertach było kilka tygodni temu, dziś o muzycznych wydarzeniach sprzed kilkunastu dni.

 

Muszę przyznać, że gdyby nie koncert Paula Rodgersa, będący wisienką na festiwalowym torcie, to pewnie nie wybrałbym się tym razem do tego uroczego zakątka pod Ustką. I... żałowałbym. Bo, o ile - zgodnie z przewidywaniami - występ Rodgersa (o którym za tydzień) był rzeczywiście rewelacyjny, to pozostałe koncerty, no może z jednym wyjątkiem, były dobre, a nawet, jak to miało miejsce w kilku przypadkach, znakomite.

            10 sierpnia jako pierwszy wystąpił zespół Kruk z Dąbrowy Górniczej. Ekipa, którą widziałem po raz wtóry, jest coraz lepsza. Purplowski hard rock, purplowski skład, purplowskie brzmienie, a nawet covery utworów Deep Purple wcale nie przynoszą ujmy Krukowi. Zresztą, musze przyznać, że zadedykowany niedawno zmarłemu Jonowi Lordowi, a wykonany w finale utwór Child In Time zabrzmiał tak, że „purpurowi” nawet w najlepszej formie mogliby go Polakom pozazdrościć.

            Po Kruku na scenie pojawił się Acid Drinkers, serwując m.in. swoje słynne już covery numerów takich jak: New York, New York, Et Si Tu N'existais Pas, Another Brick In The Wall, Hit The Road Jack, czy Proud Mary. Stwierdzam krótko: Titus i jego drużyna uprawia muzykę nie z mojej bajki, ale robi to na światowym poziomie.

            Wreszcie sekstet Thin Lizzy. Ze starego składu pozostał Brian Downey na bębnach oraz gitarzysta Scott Gorham, wsparli ich bardzo solidni muzycy, w tym znakomity basista Marco Mendoza (m.in. Whitesnake). Panowie zagrali świetny koncert. Emerald, Jailbreak, Waiting For An Alibi, Still In Love With You, The Boys Are back In Town, oczywiście Whisky In The Jar, a na bis Don’t Believe A Word i Black Rose. Rozkosz dla uszu. Oczy cieszył widok grających w jednym rzędzie czterech wioślarzy. Piękny rockandrollowy obrazek.

            Drugi dzień sierpniowej odsłony Festiwalu Legend rozpoczęły Złe psy - zespół Andrzeja Nowaka. W minionym roku Nowak gościł w Charlotcie jako gitarzysta TSA. Tym razem mógł zagrać rolę lidera i frontmana. Wypadł bardzo dobrze. Jego rajd z gitarą po widowni wzbudził olbrzymi aplauz. Swoistym smaczkiem koncertu był gościnny występ kumpla Nowaka, basisty zespołu Scorpions - Pawła Mąciwody. Tego słonecznego wieczoru solidny nowakowy „patriot rock”, oparty głównie na numerach z płyty Polska wypadł nader dobrze.

            Z dużą rezerwą podchodziłem do koncertu Budki Suflera. Bałem się jej festiwalowych szlagierów i festynowej maniery wokalnej Cugowskiego. Oświadczam jednak, że Budka wypadła w Dolinie Charlotty wybornie. Zagrała - pochodzące głównie z jej dwóch pierwszych płyt - najlepsze rockowe numery. Krzysztof Cugowski, natomiast, udowodnił, że jest znakomitym, będącym w świetnej formie rockowym wokalistą. Było magicznie, było rockowo, było czadowo-sentymentalnie, słowem: wspaniale. Brawo.

            Po Budce nadeszła kolej na „wielkie zwieńczenie wieczoru”. Koncert legendy – zespołu Uriah Heep cieszył się gorącym przyjęciem. Ta formacja zagrała u nas nie pierwszy raz, a i tak fani, by ją zobaczyć, przybyli z całej Polski. Tuż przed koncertem rozmawiałem z młodą dziewczyną, która poświęciła krakowski Coke Festival właśnie dla Uriah. A jak zagrali? Zacznę o końca. Po koncercie, a także następnego dnia słyszałem z ust festiwalowiczów opinie, że zagrali świetnie. Ale były też zdania zgoła odmienne. Mick Box, jedyny gość ze starego składu, nigdy nie był wybitnym twórcą. Ten rzemiecha został, co prawda, wsparty przez basistę Trevora Boldera, grającego przed laty m.in. z Davidem Bowie, ale przez pozostałych członków wspierany był już słabiej. Bernie Shaw, nota bene najdłużej śpiewający z zespołem wokalista, to dla mnie tylko średniak. Tego wieczoru zabrzmiały znane utwory. Był i Traveller In Time, i Sunrise, i Gypsy, i Lady In Black, i – oczywiście – July Morning, a w końcu Easy Livin’. Co z tego. Gdy w finale Box i Shaw zaprosili na scenę blisko pół setki dziewczyn z widowni, zrobiło się jak na jakimś festynie - cholernie badziewiarsko. Uriah Heep w Charlottcie okazał się, niestety, jakąś słabą, Bóg wie skąd wziętą, coverową grupą.

            Tak sobie myślę jednak, że od czasu do czasu należy przeżyć słaby koncert, wówczas bardziej docenia się muzyczne wydarzenia wysokiej próby. Nazajutrz czekał mnie Paul Rodgers z zespołem i byłem pewien, że się nie zawiodę.

Krzysztof Borowiec

 

 

 tarnowski kurier kulturalny   tarnowski kurier kulturalny    tarnowski kurier kulturalny    tarnowski kurier kulturalny    tarnowski kurier kulturalny     tarnowski kurier kulturalny    tarnowski kurier kulturalny