felieton nr 110

 
 

 

 
 
 
 

IRLANDZKI MISTRZ GITARY

Był jednym z najlepszych białych gitarzystów w historii. Potrafił twórczo czerpać z irlandzkiego folku i z powodzeniem przeszczepiać go na rockowy grunt. Jego znakomite wyczucie bluesa budziło szacunek wśród czarnych mistrzów tego gatunku. Nazywał się Rory Gallagher, gdyby żył - 2. marca obchodziłby 65 urodziny.

 

Jeszcze jako młodszy nastolatek z zapartym tchem słuchałem nagrań tego niezwykłego muzyka. Nienaganna technika, wręcz wirtuozeria, do tego ostre, wyraziste, bardzo charakterystyczne frazowanie musiało się podobać każdemu, kto lubił mocne blues-rockowe brzmienia.

Niegdyś zbierałem jego płyty. Tattoo, Blueprint wciąż należą do moich ulubionych krążków z tamtej dekady. Dziś, dzięki wydawnictwom DVD, mam wiele godzin koncertowych nagrań Gallaghera. Lubię je wszystkie, choć te najlepsze znalazły się na płycie z filmem Tony’ego Palmera - Irish Tour. To świetny dokument z trasy muzyka po rodzinnym kraju w 1974 roku. Gallagher był wtedy uwielbianym artystą, a film Palmera świetnie to oddaje. Szalejące tłumy nadawały jego koncertom dodatkowej temperatury. W świecie wówczas też było o Gallagherze głośno. Od kilku lat w rankingach na najlepszego gitarzystę plasował się bardzo wysoko, lub po prostu zwyciężał. Mniejsza jednak o to, kiedy Rory był najlepszy, bo nawet zmęczony i zmagający się z niewydolnością serca brzmiał jak należy.

William Rory Gallagher urodził się 2 marca 1949 roku w Ballyshannon. Swoje pierwsze doświadczenia estradowe zdobywał grając w zespole The Fontana Showband, a następnie w The Impact Showband. Jako szesnastolatek założył własną grupę Taste. Grupa istniała pięć lat i zapisała się w historii bluesrocka jako znakomite, ekscytujące trio, które z zaściankowej anonimowości doszło do międzynarodowej sławy. Płyty zespołu są do dziś poszukiwane przez fanów dobrego, soczystego bluesa z rockowym pazurem, szkoda jednak, że nagrań filmowych z tamtego okresu działalności Gallaghera pozostało tak niewiele. Szkoda, bo kiedy patrzy się na występ formacji zarejestrowany podczas legendarnego festiwalu na wyspie Wight w 1970 roku (na płycie DVD przedstawiono zaledwie dwa kawałki), to chciałoby się tego zespołu naprawdę więcej.

Po debiucie z 1971 roku (krążek zatytułowany po prostu Rory Gallagher) przyszły wspomniane wyżej albumy. Smakować muzykę Gallaghera można jednak sięgając po płyty pochodzące z każdego okresu jego twórczości. Nie bez znaczenia jest przy tym fakt, że już na początku lat siedemdziesiątych Gallagher był uznawany wśród czarnych bluesmanów za najlepszego białego gitarzystę (sic!). Muddy Waters i Albert King zaprosili go do udziału w nagraniach swoich płyt.

Rory od początku czerpał inspirację z muzyki Lonniego Donegana, Woody’ego Guthrie, Chucka Berry’ego i wspomnianych już czarnych bluesmanów. Szukał też inspiracji w innych gatunkach.   

W 2003 roku, dzięki staraniom brata Rory’ego, wydana został płyta Wheels Within Wheels, która przedstawia Gallaghera jako muzyka grającego znakomicie tak odmienne od jego zasadniczego nurtu klimaty, jak choćby flamenco. W dokonaniach artysty obok rocka i bluesa zawsze poczesne miejsce zajmowała muzyka irlandzka, z którą wiązał też specjalne, jak się okazało, ostatnie plany. To, co chcę zrobić, byłoby z jednej strony bluesem, a z drugiej półceltycką, ludową irlandzką muzyką eksperymentalną. Niestety nie udało mu się tego zrealizować.

Trzeba przyznać, że ten niezwykły Irlandczyk był nie tylko prawdziwym artystą, ale też szalenie pracowitym człowiekiem. Ktoś kiedyś, bodaj w latach siedemdziesiątych, zapytał go: jaką muzykę będziesz grał za dziesięć lat? Gallagher odpowiedział, że ciągle tę samą, tylko zdecydowanie lepiej. I rzeczywiście miał rację, bo swoją wyborną technikę szlifował do końca.

Gallagher potrafił zręcznie zachować podstawowe przesłanie bluesa, nie wynosząc go jednocześnie na piedestał. Śmiało korzystał z tradycji boogie i twórczo sięgał po stricte rockowe rozwiązania. Był przy tym bardzo nowoczesnym interpretatorem, a jego gra wzbudzała po prostu podziw. Potrafił grać fenomenalnie, zarówno na swoim steranym Stratocasterze, jak na i mandolinie, a przy tym od czasu do czasu sięgał po harmonijkę ustną. Posiadł znakomite umiejętności posługiwania się techniką bottlneck, którą twórczo i atrakcyjnie potrafił wykorzystać.

Trzeba przyznać, że Gallagher nigdy nie zabiegał o względy tzw. showbiznesu, nie dbał też specjalnie o swój wizerunek sceniczny. Organicznie nie znosił kiczu, a mimo to, a raczej dzięki temu potrafił sprzedać miliony swoich płyt, udowadniając, że autentyczna muzyka broni się sama.

Krzysztof Borowiec

 

 tarnowski kurier kulturalny   tarnowski kurier kulturalny    tarnowski kurier kulturalny    tarnowski kurier kulturalny    tarnowski kurier kulturalny     tarnowski kurier kulturalny    tarnowski kurier kulturalny