124 - Josif Brodski
 

O tym i owym 124 czyli „Znak wodny”

 

Gdyby żył, w poniedziałek skończyłby 70 lat. Ale umarł młodo, jako zaledwie 56-latek.
Wczesne zakończenie edukacji, praca fizyczna, przyjaźń z Anną Achmatową, niemożność publikowania, proces za "pasożytniczy tryb życia", łagier, zesłanie ("Piękną biografię szykują dla naszego rudzielca" - zauważyła poetka na wieść o wyroku), wygnanie z ojczyzny, zmaganie się z nowym językiem - angielszczyzną. Wreszcie profesura na amerykańskim uniwersytecie i wiele wspaniałych wyróżnień (stypendium dla geniuszy Fundacji MacArtura, w 1987 r. Nagroda Nobla, tytuł poety laureata po raz pierwszy w historii przyznany - przez Bibliotekę Kongresu
USA - twórcy, dla którego angielski nie był językiem pierwszym) - zdążył Josif Brodski zaznać w życiu najróżniejszych szykan, represji i upokorzeń, ale też nadzwyczajnego uznania i światowej sławy. Urodzony i wychowany w Petersburgu (w czasie kiedy ten nazywał się jeszcze Leningradem), mieście niezliczonej ilości kanałów, mostów i placów, przesiąkniętym zapachem wodorostów, oblanym bladym, rozproszonym, północnym światłem. Opisywał go już na wygnaniu, z nostalgią, ale też świadomością, że nigdy doń nie wróci. Nawet jeśli będzie mógł. "Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, nawet jeśli to Newa" - mówił. Miejsce Petersburga zajęła w jego sercu Wenecja. Pozostał jej wierny aż do śmierci, tam został pochowany, na cmentarzu na wyspie Saint Michele.


By przypomnieć i uczcić dzień jego urodzin, Znak (oficyna równie zasłużona w przekładach Brodskiego co "Zeszyty Literackie") wznowił w pięknym bibliofilskim wydaniu esej "Znak wodny". To wydanie zilustrowane melancholijnymi zdjęciami zimowej Wenecji (autorstwo: Joanna Gromek-Illg), a też uzupełnione o trzy poświęcone miastu na lagunie wiersze ("Laguna", "Strofy weneckie I", "Strofy weneckie II").

"Znak wodny" napisa
ł z potrzeby serca (to czuje się w każdym zdaniu), ale i na zamówienie Venezia Nuova, konsorcjum lokalnych i międzynarodowych firm o światowej renomie, zarówno z sektora publicznego, jak i prywatnego, którym leży na sercu los miasta i które postawiły sobie za cel "prowadzenie badań, opracowywanie projektów, testowanie rozwiązań, które uchroniłyby miasto przed zalewem morza i przywróciły utraconą równowagę ekologiczną laguny".

Bolej
ąc, że każdego roku miasto coraz bardziej pogrąża się w wodzie, na okoliczność jego ratowania Brodski gotów byłby zostać nawet tyranem. "Nałożyłbym limity na rozwój przemysłu i budowę nowych domów w promieniu dwudziestu mil od północnego wybrzeża laguny, wybagrował i oczyścił kanały miasta (wykorzystując do tej operacji wojsko albo płacąc podwójne stawki miejscowym przedsiębiorcom), po czym napuściłbym do nich ryb oraz odpowiednich bakterii, aby wody pozostały czyste. Nie mam pojęcia, jaki to rodzaj ryb i bakterii, ale jestem pewien, że coś w tym rodzaju istnieje. Tyrania rzadko bywa synonimem znania się na czymś. Ostatecznie mógłbym zadzwonić do Szwecji i spytać o radę zarząd miejski Sztokholmu: w tym mieście, dość przecież przemysłowym i ludnym, wystarczy wyjść z hotelu, a z wody wyskakuje na powitanie łosoś".

Urodzony i wychowany w Petersburgu (w czasie kiedy ten nazywa
ł się jeszcze Leningradem), mieście niezliczonej ilości kanałów, mostów i placów, przesiąkniętym zapachem wodorostów, oblanym bladym, rozproszonym, północnym światłem, sportretował go czule w eseju "Przewodnik po przemianowanym mieście". Pisał tam: "Dwadzieścia kilometrów Newy w obrębie miasta, rozdzielającej się w samym centrum na dwadzieścia pięć małych i dużych odnóg, zapewnia mu takie lustro wodne, że narcyzm staje się nieuchronny. Odbijane w każdej chwili przez tysiące metrów kwadratowych ciekłego, srebrnego amalgamatu, miasto jest jakby nieustannie fotografowane przez rzekę, a sfilmowany metraż wpada do Zatoki Fińskiej, która w słoneczny dzień wygląda jak przechowalnia tych olśniewających obrazów". Opisywał go już na wygnaniu, z nostalgią, ale też świadomością, że nigdy doń nie wróci. Nawet jeśli będzie mógł. "Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, nawet jeśli to Newa" - mówił.
Miejsce Petersburga zaj
ęła w jego sercu Wenecja.

Po raz pierwszy zobaczył ją w początku lat 60. na pocztówkach z zimowymi pejzażami. Obiecał sobie, że musi ją zobaczyć, co w tamtym miejscu i czasie brzmiało nieprawdopodobnie. Dotrzymał słowa. Przez kilkanaście lat jeździł tam regularnie poza sezonem, na kilka zimowych tygodni, zwykle na Boże Narodzenie i Nowy Rok. Może nie stał się mieszkańcem Wenecji, ale na pewno nie podpadał pod definicję turysty. Zaś takiej Wenecji, jaka wyłaniała się spod jego pióra, nie spotkamy w żadnym przewodniku.

Pozosta
ł jej wierny aż do śmierci, tam został pochowany, na cmentarzu na wyspie Saint Michele. "My znikamy, a piękno pozostaje" - przypominał w "Znaku wodnym".

 

 
 

 tarnowski kurier kulturalny   tarnowski kurier kulturalny    tarnowski kurier kulturalny    tarnowski kurier kulturalny    tarnowski kurier kulturalny     tarnowski kurier kulturalny    tarnowski kurier kulturalny